Matka szuka szczęścia

Czasami wydaje nam się, że do szczęścia brakuje nam tak wiele. Ba  wydaje nam się, że szczęście to jakaś totalna abstrakcja, której nie umiemy dostrzec w codziennym wstawaniu o szóstej, w gotowaniu obiadu, w powtarzaniu po tysiąckroć tego samego dzieciom, które zdają się chwilami głuchnąć, w braku pracy, w jakimś nieopatrznym słowie męża, w codziennej rutynie, w zmęczeniu... Mimo, że  nasze życie z punktu widzenia innych wydaje się być dobrym życiem, nam ciągle jest za mało... A bywa i tak, że z chwilą, gdy nam czegoś lub kogoś zaczyna naprawdę w tym życiu brakować, gdy zamiast sukcesów przychodzą porażki, gdy trzeba walczyć, gdy właściwie powinniśmy się zacząć łamać, nagle zaczynamy dostrzegać SZCZĘŚCIE i CHCEMY JE CHWYTAĆ Z CAŁYCH SIŁ! Tak właśnie jest ze mną...


Czym jest szczęście? Czy jest ktoś, kto nie zadawał sobie tego pytania? A czym jest szczęście dla matki? Ciepłymi rączkami dziecka na szyi, pięknie zjedzonym przez niejadka obiadkiem, pierwszym i każdym kolejnym "kocham cię mamo"... Tak, tylko tak łatwo te szczęśliwe momenty pogubić pomiędzy rutyną, zmęczeniem i własnymi, niespełnionymi ambicjami. Tak łatwo skoncentrować się na tych gorszych chwilach i żyć niepowodzeniami, a to, co dobre osuwać od siebie z uporem maniaka..Owszem, uśmiechnąć się, ucieszyć, docenić, ale nie na długo, bo za moment znów wracają czarne myśli i życie wydaje się szarobure...

A czym jest szczęście dla partnerki, żony? Czy na pewno codziennym bukietem kwiatów, setką komplementów, kolacją przy świecach? A może codzienną obecnością, pocałunkiem w czoło od niechcenia i wytartym od używania tekstem, który jednak zawsze cię rozbawia? Jasne, że to drugie! Tylko która z nas to docenia mając to na co dzień? Wolimy kłócić się o skarpetki zwinięte w kulkę pod fotelem, nieopuszczoną deskę sedesową i wyrzucać sobie nawzajem, kto ma gorzej - on w pracy, czy ty w domu. Tak łatwo, tak cholernie łatwo pogubić miłość pomiędzy problemami codzienności, upływem lat i własnymi, często zbyt wygórowanymi oczekiwaniami...

A gdzie szczęścia powinna upatrywać kobieta? W sukcesie zawodowym, w macierzyństwie, w miłości? A może w czuciu się atrakcyjną, idealnej figurze, ładnych łaszkach, życiu towarzyskim? Czy trzeba spełniać się na wszystkich niwach, by poczuć się szczęśliwą?... Grzegorz często mi mówi: "Nie można mieć wszystkiego, ale trzeba się cieszyć z tego, co się ma". I to chyba jest sedno rzeczy.

Czasami harmonia wydaje nam się nudą, a małe kłopoty, które trzeba podnosić jak kamyki na drodze i wyrzucać z niej, urastają do rangi dramatów... Wiecie, o czym piszę, prawda?

Od pewnego czasu w mojej z natury pesymistycznej duszy coś zaczęło się zmieniać. Na przekór - właśnie teraz, kiedy poczułam smak porażki, niepewności, samotności i tęsknoty, ja zaczęłam dostrzegać szczęście we wszystkim, co mnie otacza. Może to wiosna tak na mnie działa, a może to życie dało mi lekcje, które wreszcie zaowocowały?

Wyjazd Grzegorza - 18 maja minie rok odkąd żyjemy razem na odległość - i wszystko, co jest jego konsekwencją [bo to nie tylko większe pieniądze, nie tylko...],  prawo jazdy, które okazało się wielką walką pierwsze w życiu niezdane egzaminy...], problemy zdrowotne dzieci [szpital, tęsknota za Szymkiem...], marzenia i plany, które raz przybliżają się, raz oddalają - wszystko to sprawiło, że zamiast się załamać, zaczęłam częściej się uśmiechać, mniej się przejmować i bardziej wierzyć...

Zatęskniłam po to, by docenić i uświadomić sobie, jak bardzo kocham. Przegrałam po to, by nauczyć się wrzucać na luz. Odebrałam lekcję pokory po to by nauczyć się walczyć dla siebie i dla moich najbliższych - nie dla wydumanych ambicji i w obawie przed tym, co ludzie powiedzą. Zweryfikowałam własne i nasze wspólne marzenia i plany po to, by zrozumieć, że trzeba w nie uwierzyć i zacząć działać, by się spełniły. 

Mało mnie na blogu i w wirtualnym świecie, bo wolę cieszyć się słońce, kwitnącymi drzewami i szalejącymi na podwórku dziećmi. Jak już siadam do laptopa to zwykle po to, by usłyszeć Grześka i mimo, że problemy przez to nie giną, to nagle w zderzeniu z tym, że za dni 7 zobaczymy się po całym miesiącu rozłąki, stają się maleńkie jak mrówki... I mimo wszystkich ciężkich chwil, które za mną i które ostatnio namiętnie mnie spotykały, ja czuję się tak, jakbym odniosła sukces - tym sukcesem jest bycie szczęśliwą...

2 komentarze:

  1. Zwykła Matka10 maja 2015 13:07

    po prostu pięknie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. http://chwiladlamamy.pl13 maja 2015 11:01

    Cudowne słowa :-)muszę Ci powiedzieć że idealnie to ujęłaś. Ja też szukałam szczęścia aż je ze synem znaleźliśmy:) Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń

Wyraź swoją opinię, podziel się doświadczeniem, zostaw po sobie ślad!

Adbox

@teraz_ola